treningbiegacza.pl - uzależnieni od endorfin
czwartek, 24 listopad 2011 22:52

Korona Maratonów Polskich w jeden rok! - Jak to było w Dębnie...

Napisał 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Dębno– mała lecz zadbana mieścina położona chyba najdalej na świecie (nawet kolej żelazna tam nie dociera). Od razu na wjeździe wita nas leciwy mural „Międzynarodowe Mistrzostwa Polski w Maratonie”. Ulice pozamykane, policja bez problemu kieruje nas do biura zawodów usytuowanego w pobliskiej hali sportowej (trzeba podkreślić, że jak na miasto tej wielkości obiekty sportowe mają naprawdę eleganckie).

W biurze pustki… chyba byliśmy jednymi z nielicznych którzy zdecydowali się przyjechać tak wcześnie. Po szybkiej i bezproblemowej weryfikacji oraz odebraniu pakietów startowych lecimy na nocleg do pobliskiego gimnazjum (tam wszędzie jest blisko). Na miejscu zastajemy jeszcze większe pustki… przynajmniej można było załapać się na wygodne materace :)

Nocleg - duża sala gimnastyczna a w zasadzie hala sportowa. Na miejscu kibelki i prysznice więc niczego więcej do szczęścia nie potrzeba.

Pasta Party- dużego porównania nie mam bo na razie brałem udział jedynie w dwóch warszawskich „imprezach” tego typu ale szału nie było… Makaron jak makaron + sos boloński z torebki, do tego herbata i kawa wedle uznania. Jedyny plus, że każdy jadł ile chciał.

Depozyt zorganizowano w miejscu noclegu, także nie trzeba było ganiać z rzeczami. Dużym plusem jest to, że ktoś pomyślał i worki na bagaż były naprawdę pokaźnych rozmiarów (przynajmniej w porównaniu do tych z którymi miałem wątpliwą przyjemność zetknąć się w Warszawie).

Bieg główny (były też jakieś biegi rodzinne, czy inne sztafety ale w to nie wnikam) - na początku wypada wspomnieć że trasa maratonu to 3 pętle prowadzące przez dwie wsie (Dargomyśl i Cychry) z nawrotką w Dębnie. Większość drogi biegnie przez lasy, co akurat było dużym plusem zważywszy na bezchmurne niebo i słońce palące niczym w piekle. Na całej długości asfaltowa nawierzchnia, trasa ładnie oznaczona znakami pionowymi oraz poziomymi co jeden kilometr.

Punkty żywieniowe/odświeżania - bardzo przyzwoicie przygotowane i wyposażone (woda mineralna, powerade, gorąca herbata?!, ciastka, cukier, banany i pomarańcze oraz
masa gąbek). Niestety wydajność Pań odpowiedzialnych za nalewanie nie była największa i na pierwszym punkcie wody nie uświadczyliśmy…

Trasa była zabezpieczona na całej długości przez strażaków OSP (punkty medyczne) oraz gdzieniegdzie widać było Zespoły Ratownictwa Medycznego.

W biegu brało udział niewiele ponad 800 zawodników, to co nas zdziwiło to bardzo mała ilość startujących pań oraz Kenijczyków (był jeden ale chyba stwierdził że nie wygra bo się wycofał). Byli za to strażacy z Berlina którzy ku uciesze mieszkańców wjechali do miasta w konwoju na „gwizdkach”.

Mieszkańcy tłumnie wyszli dopingować biegaczy na odcinkach prowadzących przez miasto, niestety tylko w pierwszych godzinach (jak finiszowałem po niespełna 3godzinach 40minutach była ledwie garstka przy mecie, więc ostatni zawodnicy spotkali zapewne jedynie obsługę).

Trasa była szybka tak więc udało nam się wykręcić dwie życiówki: Darek: 3:38:37 netto (progres o 1godz 4min 40sek w porównaniu do poprzedniego maratonu!)  Ja: 3:39:41 netto (progres o 5min 21sek)

Na najwyższą ocenę zasługuje jednak to co było po biegu - masaże oraz posiłek regeneracyjny. Masowanie odbywało się w trzech salach, w każdej po 8 łóżek wyposażonych w masażystki i masażystów, którzy naprawdę sumiennie wywiązywali się z tej ciężkiej fizycznej pracy. Po ponad 10minutowym masażu udaliśmy się na ciepły posiłek regeneracyjny, który składał się z pysznej zupy oraz gotowanej kiełbasy z kajzerką (zupy niestety nie wystarczyło dla wszystkich). Stołówki były zorganizowane w kilku salach, a wolontariuszki uwijały się jak w ukropie donosząc jedzenie, także wszystko przebiegało bardzo sprawnie i bez większego tłoku. Każdy z zawodników otrzymał również pakiet regeneracyjny, sądząc po torbie ufundowany przez dyskont spożywczy Biedronka, w którym poza piwem w puszce, herbatnikami, czekoladą i Grześkiem można było spotkać dwa jabłka, pomarańczę i butelczynę wody.

W imprezie braliśmy udział po raz pierwszy i na pewno nie ostatni. Naprawdę warto pokonać ponad 1000km (w naszym przypadku) w obie strony, aby wziąć udział w tym niewątpliwie doskonale przygotowanym święcie biegania.

Teraz chwila wytchnienia przed niedzielnym Krakowem, który będzie już masówką i raczej nie wykręcimy podobnych czasów ale przynajmniej zwiedzimy trochę więcej niż las ;)

Ostatnio zmieniany czwartek, 24 listopad 2011 22:54


KOMENTARZE (1)


2012-04-07
Artykuł ci się podobał? Znalazłeś w nim elementy inspirujące i nowatorskie, a może nie zgadzasz się z autorem? Powiedz nam o tym, napisz z czym się nie zgadzasz, uargumentuj to, wzbogać artykuł o swoje uwagi. Nic tak nie buduje atmosfery portalu jak inteligentni czytelnicy potrafiący zanalizować i wyartykułować swoje spostrzeżenia.

Zobacz artykuł
 
 
 

 

bieganie.biz

newsy ze świata la


blog biegacza
dziś polecamy

Sezon 2011/2012 - zaczynamy

Puk, puk. Kto tam? Nowy sezonik się kłania. Aaa, witam witam i o zdrowie pytam ;)

Zaczynam jak zwykle od roztrenowania. Po maratonie dwa tygodnie wolnego. Wyszedłem sobie 3x potruchtać, żeby nie zgłupieć, tym bardziej, że jesień w tym roku jest rewelacyjna.