Sobota jest dla mnie dniem "konia", to w nomenklaturze biegacza o po prostu mocny trening. Słowo "moc" dla każdego oznacza inne prędkości, ja niestety nie należę do tych najszybszych demonów w Polsce, ale powoli zaczyna być coraz lepiej. Powoli, ale jednak szybciej...
Zaczęło się sielsko - dobry humor i dość dobra pogoda...

Jak na biegacza, który stara się być wyczynowym amatorem, zacząłem od rozgrzewki. Buty w tym słońcu nieco mnie oślepiały, dlatego wyciąłem swoją twarz. Takie ładne buty, po co je oszpecać twarzą ?

Puma Fass 500 w pełnej krasie.

To nie tak, że uginają mi się nogi z zachwytu, kiedy patrzę na te buty, ale musicie przyznać, że ciekawy design przyciąga wzrok. Buty w sam raz na niedzielną mszę i niedzielny trening. Ale biegaczem niedzielnym nie jestem...

Czerwień z profilu.

Stretching to podstawa.

Wybaczcie za to istne faux pas z mojej strony, ale nie ogoliłem nóg przed "sesją"... fu!

Kiedy tylko mogę, staje na palcach. Mam tylko 165 cm wzrostu, na palcach zawsze wyżej...

Rozciąganie kopyta.

...

W tych butach z przeciętniaka robi się demon prędkości. Fotograf miał trudne zadanie, aby mnie uchwycić.
Za mną, Usain Bolt próbujący mnie dogonić, niestety niskie umiejętności fotografa nie zdołały złapać w kadr mojego rywala.

Chowam broń do kabury. Trening robiony był w na stadionie miejskim w Johannesburgu (RPA) - uwierzcie mi, było gorąco - stąd negliż.

Prawie jak Bekele... 165cm wzrostu już mam ;)

Uśmiałem się ze swojego pozerstwa.

PUMA FASS 500.





