Mateusz Jasiński: Jak ocenisz swój występ w Brukseli? Piąte miejsce po tak ciężkim sezonie to chyba zadowalający rezultat?
Mateusz Didenkow: Przede wszystkim cieszymy się wspólnie z Łukaszem, że to definitywny koniec sezonu. Był dla nas naprawdę wyczerpujący. Jesteśmy cali obolali, ja mam problemy typowe dla tyczkarza, mianowicie bolą mnie plecy, Łukasz też nie jest w pełni zdrowia - doskwiera mu ból w pachwinie... Cieszę się, że w takiej dyspozycji udało mi się zaliczyć 5.52m. Jestem zadowolony ze swojego startu w Brukseli, Łukasz również. Zawsze to pierwsza ósemka na Diamentowej Lidze... Nie ukrywam jednak, że nie czułem mocy. Ambicja i dobre nastawienie jak najbardziej były, jednak ciało odmówiło posłuszeństwa. Warto zaznaczyć, że w Brukseli startowała absolutna światowa czołówka. Gdyby nie brak Pawła Wojciechowskiego można by mówić o powtórce z MŚ. Atmosfera na stadionie była niesamowita - pełne trybuny i dużo świetnych wyników. Dla nas jednak najważniejszy jest fakt, że z czystym sumieniem możemy choć chwilę odpocząć...
Konkurs wygrał Grek Filippidis pokonując wysokość 5,72 m. Taką samą wysokość osiągnął, zwycięzca tegorocznej edycji Ligi, Renaud Lavillenie. Francuz uplasował się na drugiej pozycji, ze względu na większą ilość "zrzutek" przy próbach na 5,72 m. Piąte miejsce zajął Didenkow skacząc 5,52 m, a Michalski wywalczył ósmą lokatę z wynikiem 5,42 m.





